Nie byłam zaskoczona…

Crohn był obecny w moim życiu od kilku lat, zdążyłam dobrze poznać jego możliwości. Dorastałam widząc jak choroba każdego dnia utrudnia życie mojej Mamie. Nigdy, jednak nie chciałam nawet pomyśleć, że mogę podzielić los Mamy… Gdy miałam 20 lat moje złudne nadzieje zostały ostatecznie rozwiane – jaka Mama, taka Córka – mam Crohna.

Po maturze, opuściłam rodzinny dom i wyjechałam do wymarzonej szkoły dla choreografów tańca folklorystycznego – czułam, że jestem królem życia! Zaczęło się łagodnie: osłabienie, wysoki wskaźnik OB, częste, luźne wypróżnienia. Wszystko zrzucałam na karb życia akademickiego i intensywnych treningów. Gdy, jednak przyjechałam do domu Mama nie odpuściła, jedne badania, potem drugie i w końcu szpital. Moje marzenia o karierze w PZLPiT Mazowsze legły w gruzach, crohn rozszalał się na dobre, a ja usłyszałam od lekarza, że powinnam pomyśleć o zmianie szkoły.

Od tego momentu moje życie dzieliło się na okresy zaostrzeń i remisji. Niestety tych pierwszych było znacznie więcej. W szpitalu bywałam 2-3 razy do roku, myśl o nadchodzącej wiośnie czy jesieni napawała mnie strachem, bo wiedziałam, że zacznie się najgorsze. Mimo tych przeciwności radziłam sobie, i nie poddawałam się. Obroniłam tytuł magistra pedagogiki, wyszłam za mąż i zdobyłam dobrą pracę w banku. W 2011 roku, gdy miałam za sobą 7 lat walki z chorobą, usłyszałam, że czas na operację, że nie reaguje na leczenie zachowawcze, na leczenie biologiczne, na sterydy. Zabrzmiało to jak wyrok, usunięcie jelita grubego wraz z odbytnicą, no i stomia – prawdopodobnie dożywotnia. Dla mnie to był koniec – koniec wszystkiego. Oczyma wyobraźni widziałam siebie jako porzuconą przez męża, osamotnioną, zamkniętą w czterech ścianach dziwaczkę. Operacja była nieunikniona i jedyne co mi pozostało to przynajmniej spróbować odnaleźć się w tym wszystkim. Nadszedł ten dzień, ja już gotowa, odziana w szpitalną piżamę, wyczyszczona od góry do dołu czekałam a godzinę „zero”. Wtedy, dokładnie na 2 godziny przed operacją wszedł do mojej sali prof. Dziki, który zapytał czy jestem z Łodzi. Na moją twierdząca odpowiedź, odparł: To się zbieraj do domu, pół nocy o Tobie myślałem i jeszcze damy Ci szansę… Nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam, ale wyniki mówiły same za siebie, organizm zmobilizował się do walki, jest reakcja na leczenie! Nie mogę powiedzieć, że później było już tylko super, ale było na pewno nieco lepiej.

Dwa lata po tych wydarzeniach podjęliśmy z mężem decyzję o dziecku. I tak naprawdę wtedy moje życie nabrało zupełnie nowego wymiaru – pod kilkoma względami.Okres ciąży był dla mnie wyjątkowo trudny i bolesny. Moja owrzodzona esica nie wytrzymywała nacisku małego człowieka, którego nosiłam pod sercem. Każde wypróżnienie było dla mnie nieopisanym bólem. W wyniku splotu różnych wydarzeń Julek przyszedł na świat o 1,5 miesiąca za wcześnie. Miesiąc spełnił w inkubatorze, był to najdłuższy miesiąc mojego życia, w czasie którego umierałam ze strachu. Na szczęście później było już tylko lepiej, cud macierzyństwa pochłaniał mnie totalnie i nie dopuszczał do głosu choroby. Aż mniej więcej po 8 miesiącach gdy byłam z Julkiem u lekarza na kontroli, Pani doktor zapytała jak ja się czuję, bo nie wyglądam dobrze. A ja…cóż, nawet nie zauważyłam, że schudłam i wyglądałam jak własny cień. Karmiłam syna piersią, bo chciałam mu dać to co miałam najlepszego, miałam wręcz poczucie, że to mój obowiązek, aby „wynagrodzić” mu ten przedwczesny poród. Po około roku skończyło się chojrakowanie. Moje niedożywienie i wyniszczenie organizmu było tak duże, że wprowadzono leczenie żywieniowe. I tak na pierwszych urodzinach mojego syna byłam z rurką w nosie. Spędzałam 12 godzin dziennie podpięta do pompy żywieniowej, nie zliczę ile razy Julek wyciągnął mi sondę z nosa, ile razy na ulicy usłyszałam: Taka młoda, a taka chora… To wszystko nie miało znaczenia, bo miałam jeden najważniejszy cel – walczyć dla Julka. Wtedy też zrozumiałam, że tak dalej nie da się żyć, bo chcę, aby Julek miał mamę z którą może iść na rower do parku, czy na basen. A póki co miał taką, która ciągle jest w szpitalu, albo leży na kanapie i zwija się z bólu.

W 2015 roku zrozumiałam, że nadszedł czas na nowe życie. Godziny rozmów, godziny przemyśleń

i wreszcie dojrzałam do tego, że chcę mieć stomię, bo ona jest dla mnie szansą na lepsze życie. 01.09.2015 roku gdy Julek poszedł pierwszy raz do przedszkola, ja pojechałam na blok operacyjny. Dokładnie od tego dnia do dziś (tj. 05.08. 2017), ani raz nie bolał mnie brzuch. I z pełna świadomością, mogę przyznać, że to była najlepsza decyzja w moim życiu. Oczywiście samo posiadanie stomii, jej plusy i minusy to temat rzeka. Jedno jednak jest pewne – dostałam nowe lepsze życie z którego śmiało korzystam 🙂

0 komentarze

Zostaw komentarz

Chcesz dołączyć do dyskusji?
Zostaw swój komentarz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *